Stanisław Jerzy Dołżyk

Tango argentyński

Tangowe historie

Tak to się zaczęło

Któregoś dnia postanowiłem coś w swoim życiu zmienić. Zająć się czymś, czego jeszcze nie robiłem i żeby to nie było zbyt łatwe. Jakby na zawołanie odezwała się do mnie pewna znajoma, która dwa lata wcześniej usilnie namawiała mnie do nauczenia się tanga argentyńskiego. Wtedy nie interesowały mnie takie klimaty, w których faceci w rytmie starych trzeszczących tang drepczą z nogi na nogę, a ich partnerki wyglądają, jakby przysypiały i tylko od czasu do czasu fiknięciem nogi dają znać, że żyją. Zupełnie nie była to moja bajka. Owszem, Rock’n’Roll to co innego, można poszarpać się z partnerką na parkiecie i to z werwą.

Niebawem, grupie malarzy uczestniczących w czwartkowych zajęciach ogłosiłem, że cyklicznie, w każdy czwartek o godzinie 20-tej robimy przerwę na kwadrans z tangiem. Pierwsze kroki, które poznawałem na lekcjach tanga, natychmiast wpajałem artystom malarzom w przestrzeni pracowni, w objęciach listew od podobrazi, później już w parach.

Nawet nie było to takie trudne, dopóki nie zrozumiałem, czym jest prawdziwe tango.